niedziela, 24 września 2017

Wrześniowe łupy - 2017

W tym miesiącu nareszcie miałam okazję wzbogacić swoją mangową kolekcję o kilka tomików, z czego jestem bardzo zadowolona i nie ukrywam, że nawet jest czym się pochwalić. Nie przedłużając - zapraszam na wrześniowe podsumowanie. ^^


Zacznę nietypowo, bo nie od mangi a od komiksu o tematyce BDSM chorwackiego autora, Stjepana Sejica - "Sunstone". Od kiedy tylko wydawnictwo Waneko zaskoczyło nas zapowiedzią tego tytułu postanowiłam, że kiedyś na pewno dołączę go do swojej kolekcji. Lektura wszystkich pięciu tomów już dawno za mną i muszę przyznać, że bawiłam się przy niej świetnie; bohaterowie dali się lubić, kibicowało się im do samego końca, a sam komiks był momentami rozczulający w taki ciepły, życiowy sposób. Jedną z dwóch rzeczy do jakich można się przyczepić, jest dla mnie zakończenie - SPOILER: scena w klubie była jedną z bardziej uroczych sytuacji, jaką widziałam w ogóle w jakimkolwiek komiksie, ale oświadczyny później pojawiły się zdecydowanie zbyt szybko. Według mnie, przydałby się tutaj jeszcze co najmniej jeden tom na domknięcie historii Ally i Lisy. Oprócz tego, Sejic ma przepiękną kreskę; co zresztą chyba widać po samych okładkach. Niestety w środku jest już mniej pięknie, bo komiks jest bardzo uproszczony. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że "Sunstone" od początku do końca miało być niezbyt skomplikowanym komiksem internetowym, ale kiedy widzę momentami te przepiękne ilustracje, to jest mi trochę smutno, bo mogłoby to być coś zdecydowanie piękniejszego. Co nie zmienia faktu, że ilustracje są jak najbardziej w porządku i szybko przyzwyczaiłam się do stylu autora, a zwykle innej kreski niż mangowej ścierpieć nie mogę. I zaskakujący jest fakt, ile czasu trzeba poświęcić na lekturę jednego tomu komiksu! Nad ostatnią cegłą siedziałam chyba półtorej godziny... ale przyznaję się bez bicia, że czasami dobrych parę minut wpatrywałam się w jakiś piękny kadr.


Dalej mamy najnowszy, siódmy już tom "One-Punch Mana" i o ile pamięć mnie nie myli, akcja już trochę wykroczyła poza anime. Miło mi się czytało ten tom, ale cieszę się, że wreszcie dochodzimy do momentu, gdzie nie wiem, co dzieje się dalej; byłam już trochę znużona czytaniem tego samego, co niejednokrotnie widziałam już w anime. Oprócz tego, krótkie historyjki obecne zawsze na końcu zawsze są strasznie przyjemne i do tej pory to je najmilej mi się czytało. Zobaczymy, co będzie dalej - jestem dobrej myśli!

I znowu, powoluuutku nadrabiam sobie "Wzgórze Apolla" - ten tom czytało mi się już zdecydowanie przyjemniej niż poprzedni i pozostawił on we mnie większy niedosyt na poznanie ciągu dalszego. Czytanie tej mangi jest dla mnie specyficzne; podczas lektury jest mi tak jakoś ciepło na sercu, a manga ma taki miły, "rodzinny" klimat. Dalej nie mogę nadziwić się nad jej słabą sprzedażą, chociaż z drugiej strony rozumiem też, że to inne gatunki są na polskim rynku milej widziane od josei. Sama też nie jestem jakąś wielką fanką tego typu tytułów, ale "Wzgórzem..." jestem po prostu zauroczona.


Wreszcie też, po tak długim czasie, wydawnictwo Studio JG wznowiło wydawanie serii "Spice&Wolf", z czego bardzo się cieszę! Oczywiście zajęło mi trochę czasu, żeby w końcu kupić dwa najnowsze tomy, ale jestem zadowolona - relacja Horo i Lawrenca jest po prostu przeurocza i dojrzała jednocześnie, i po prostu nie mogę od nich oderwać oczu. Smuci mnie fakt, że powoli zbliżamy się do końca. Obok mangi bardzo chętnie postawiłabym też light novelkę, ale na to chyba niestety w najbliższym czasie się nie zanosi.

Udało mi się też dorwać kolejny tom "Haganai" za dyszkę, więc postanowiłam wrócić do tego tytułu, żeby przypomnieć sobie, czy faktycznie było tak źle, jak to zapamiętałam. I nie było, ale lektura tej mangi jest dla mnie nużąca; większość bohaterów jest irytująca, nie dzieje się nic ciekawego, a ten obraźliwy humor jest na takim samym marnym poziomie, na jakim był. Czytanie tego nie bolało mnie jakoś bardzo, ale kupować reszty tomów w normalnej cenie na pewno nie zamierzam - ten tytuł nie jest tego wart.


W końcu kupiłam też "Kawaii Scotland"! Widzę szkotów, widzę yaoi, widzę ładną kreskę - wchodzę w to. Jestem już po lekturze i muszę przyznać, że jestem troszkę zawiedziona - nie tego się spodziewałam. Na przykład fakt, że SPOILER: Semesenpaj robi na boku złe rzeczy, ba, sam sposób jego bycia niezbyt mnie przekonują. Wolałabym po prostu prostą, zabawną komedię romantyczną bez tego całego spisku, który, jak podejrzewam, może być później dla mnie trochę męczący. Co nie zmienia faktu, że twarz ma boską, a nad kreską autorki można się rozpłynąć, bo jest naprawdę ładna. Z niecierpliwością czekam na kolejne tomy!

I znowu dochodzimy do pięknego momentu, kiedy na półeczce mogę postawić już drugi tom jednej z moich ulubionych mang - "Kształt twojego głosu", nad którą mogłabym się rozpływać naprawdę długo, ale wystarczająco chyba już opisałam to w recenzji pierwszego tomu. Ta historia jest po prostu tak dobra i przeurocza, że po lekturze drugiego tomu było mi smutno, że już się skończył, a ja nie mogę go przeczytać drugi raz, bo to nie byłoby już to samo. Co tu dużo mówić, uwielbiam ten tytuł.

Kolejną nowością na mojej półce jest "Murciélago", którego od zapowiedzi byłam strasznie ciekawa - głównie za sprawą kreski i wyglądu głównej bohaterki, ale po lekturze jestem zawiedziona. W sumie spodziewałam się, w co się pakuję, ale dostałam coś jeszcze słabszego; bohaterek nie da się lubić, bo nie ma za co. Jedna jest typową słodką dziewczynką, która dalej chodzi do szkoły, prowadzi już agresywnie samochód (i nie mam zielonego pojęcia, co ona w ogóle tam robi...), której bardziej przeszkadza fakt, że nie może zjeść obiadu, bo krew jej go zalała, niż że obok właśnie odcięto komuś rękę. Druga z kolei nie widzi niczego poza cyckami i podrywaniem dziewczyn, okazjonalnie też można zabić kilkanaście osób podczas jednej akcji... co tu się w ogóle dzieje? Początkowo chciałam napisać recenzję, ale nawet chyba nie ma czego recenzować - dostajemy zlepek rozdziałów, w których bohaterki zajmują się różnymi misjami dla rządu, co też wydaje się mocno naciągane. Autor pokazuje brutalność w sposób, jaki w ogóle do mnie nie przemawia - ot, takie niedbałe ukazywanie cierpienia i flaków wszędzie, gdzie tylko się da. Właśnie ta niedbałość i lekkie spojrzenie na śmierć tak strasznie mnie zirytowały; spodziewałam się czegoś fajnego, a dostałam tylko yuri, cycki i flaki. Jak ktoś lubi te trzy rzeczy, to prawdopodobnie mu się spodoba; ja lubię, a nie podoba mi się w ogóle. Być może dam szansę drugiemu tomowi, ale szczerze mówiąc, mam na to baaardzo małą ochotę.


Nadarzyła się też fajna okazja, żeby dołączyć do swojej kolekcji "Oblubienicę czarnoksiężnika", którą miło wspominałam. Lektura jest przyjemna, ale trochę nużąca; męczy mnie brak wątku przewodniego, który niby pojawił się w drugim tomie, SPOILER: (można za takowy chyba uznać to, że Elias miał szukać sposobu na uratowanie Chise od pewnej śmierci) ale w trzecim nie było o nim już słowa. Widzę potencjał w tej mandze, ale nie bardzo odpowiada mi sposób prowadzenia historii w stylu: jeden rozdział - jedna odrębna historyjka. Zdecydowanie wolę jakąś płynność i ciągłość w komiksach.

Uff, to tyle! Wiem, że długo nie pisałam, ale nie miałam po prostu niczego do recenzji - i teraz też tak jest. Ciągle niecierpliwie wypatruję nowości, które mogłabym opisać, ale jak na razie słabo z tym u mnie, więc musicie mi wybaczyć. :<
Jak tam u Was we wrześniu? ^^