niedziela, 1 lipca 2018

Czerwcowe łupy - 2018

W przeciwieństwie do maja, czerwiec był dla mnie zdecydowanie obfitszym miesiącem, jeśli chodzi o ilość tomików, którym musiałam (nie bez trudu!) znaleźć jakieś miejsca na moich uginających się już półkach. Dzięki tym nowym szesnastu tomikom naszła mnie też chęć kombinowania z moimi półkami, więc wiele tytułów drastycznie zmieniło swoje położenie (o co się nie podejrzewałam, bo niektóre z nich przez kilka dobrych lat grzały to samo miejsce). Jestem zadowolona z decyzji odświeżenia sobie wyglądu moich półek, równocześnie jednak pojawił się w tym wielki problem - chciałam ułożyć sobie wszystkie półki kolorystycznie, a to niestety jest w przypadku wielu serii po prostu niemożliwe. Udało mi się jednak zagospodarować jedną półkę tylko czarnymi komiksami i wygląda ona świetnie, ale tym pochwalę się Wam pewnie dopiero w notce uaktualniającej moją kolekcję - do tej pory może się jeszcze wiele zmienić. :>
Nie przedłużając tej już i tak długiej notki - zróbcie sobie kubek dobrej herbaty i zapraszam do lektury!


Drugi tom "twojego imienia." to właściwie całkowicie spontaniczny zakup - nie można zaprzeczyć, że działo się w nim zdecydowanie więcej niż w pierwszym, a sam sposób przedstawienia zaistniałego problemu i starań bohaterów do jego rozwiązania sprawia, że czytelnik aż czuje całe to napięcie wypływające z kartek i kibicuje postaciom, aby tylko im się udało. I naprawdę, ta fabuła ma duży potencjał, ale niestety od samego początku mojej znajomości z tym tytułem czuję, że nie zostanie ona do końca wykorzystana; to po prostu nie jest historia na trzy tomy. Nie jest, i tyle! Nie da się w tak małej ilości stron dobrze przedstawić tej relacji między bohaterami i zbudować naprawdę mocnej więzi z czytelnikiem. Nie wiem, jak to wygląda w filmie i light novelce, ale obawiam się, że podobnie (mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się do obu tych wersji tego tytułu zabrać). 
Nie zmienia to jednak faktu, że "twoje imię." czyta się naprawdę przyjemnie i z zaciekawieniem; tylko po lekturze pozostaje niestety poczucie właśnie tego zmarnowanego potencjału.

"Gdy zapłaczą cykady" jednak dalej trzyma swój poziom i chyba nie skłamię stwierdzeniem, że do tej pory wydane "Księgi wielkiej rzezi" były moimi ulubionymi ze wszystkich. Wraz z częścią trzecią, którą widzicie w podsumowaniu, zostały one zakończone, ale to na szczęście jeszcze nie koniec naszej przygody z "Higurashi". Oprócz tego, o ile pamięć mnie nie myli, to dokładnie w momencie zakończenia fabuły w tym tomie porzuciłam anime, więc tym bardziej nie mogę doczekać się kolejnych "cegiełek", bo naprawdę nie wiem, czego mogę się spodziewać! Swoją drogą, to cała ta seria zajmie mi chyba osobną półkę... ale póki co nie widzę powodu, aby na to narzekać!


Już dawno przestałam oszukiwać samą siebie, że jestem ze wszystkimi mangowymi kwestiami na bieżąco, i tak oto do mojej kolekcji trafili nieźle spóźnieni "Absolwenci". Wpakowałam ich do koszyka właściwie tylko dlatego, że nie miałam innych tytułów do kupienia, ale także, o dziwo, miałam ochotę właśnie tę mangę przeczytać. Moje wrażenia z lektury są jak najbardziej pozytywne, chociaż brak w nich zachwytów nad tą serią - rozumiem, że niektórym osobom może się ona niesamowicie podobać, bo ma swój niepowtarzalny klimat i jest naprawdę dobra, ale ja chyba nigdy nie zdołam na tyle się do niej przekonać, choćbym nawet chciała. Muszę jednak przyznać, że ten pokaźny tom podobał mi się bardziej od "Kolegów z klasy" - był zdecydowanie bardziej uczuciowy. Sama długość też miała w tym swój udział, bo nie zapominajmy, że "Absolwenci" to tak właściwie dwa tomy w jednym, co uważam za świetną decyzję wydawnictwa Waneko.

Drugi i ostatni już w tym stosiku tytuł z gatunku BL, to "Nieznajomy na plaży". Wiedziałam, że chcę bliżej zapoznać się z twórczością Kanny Kii, odkąd tylko zobaczyłam jej mangi w zapowiedziach Studia JG - kiedy spojrzałam na tę kreskę, to wiedziałam, że muszę mieć te tomiki na swojej półce. Jeśli o samą fabułę chodzi, to była ona w porządku - nie porwała mnie za bardzo, jako że były to płynące sobie swoim własnym tempem okruchy życia. Nie zrozumcie mnie źle, jestem wielką fanką takich typowo życiowych historii, ale tutaj po prostu czegoś mi zabrakło; nie wykluczam, że kiedy zapoznam się z kolejnymi tomami tej serii, to być może mój stosunek do tego tytułu się zmieni, jednak póki co, ani fabuła, ani bohaterowie (nad czym szczególnie ubolewam, bo mimo moich najszczerszych chęci, przez całą lekturę obserwowałam ich problemy ze znudzeniem) nie porwali mnie na tyle, by natychmiast kupować kolejne tomiki. Nie zmienia to jednak faktu, że chciałabym mieć w swojej kolekcji całą serię - nie sądzę jednak, abym zdecydowała się już na zakup w normalnej cenie, chyba że najdzie mnie szczególna ochota na natychmiastowe przeczytanie czegoś ze śliczną kreską.


Dalej mamy dwa kolejne tomy "Silver Spoona", który niestety jest moim małym zawodem w całym tym stosiku mang. Naprawdę nie wiem dlaczego, bo kupowałam ten tytuł z pozytywnym nastawieniem i oczekiwałam przyjemnej lektury, którą pamiętałam z poprzednich części, ale z trudem przebrnęłam przez te dwa tomy. I naprawdę nie mam pojęcia dlaczego, bo nie wydają mi się one w niczym gorsze od poprzednich części; podejrzewam, że to przez ogromną przerwę w lekturze, bo właściwie nie pamiętałam z tej mangi nic. Jest mi smutno z tego powodu, bo pamiętam, jak zachwalałam "Silver Spoona" i dalej uważam, że to naprawdę fajny "wiejski" tytuł. Teraz mogę mieć tylko szczerą nadzieję, że przy lekturze kolejnych tomów mi się poprawi, ale pozostało we mnie niestety jakieś takie ogólne rozczarowanie całą serią, chociaż zdaję sobie sprawę, że może być ono całkowicie niesłuszne.


Przejdźmy jednak do przyjemniejszej kwestii, a jest nią "Noragami" - znowu całkowicie losowy, nieplanowany zakup. Tutaj jednak, w przeciwieństwie do omawianego wcześniej "Silver Spoona", ta długa przerwa nie wyszła mu na złe - muszę przyznać, że te dwa tomy bardzo mi się podobały! Akcja się zagęściła, Yukine przestał być cholernie irytujący (i nawet poczułam do niego sympatię, widząc, jak rozwinął się po tych sześciu tomach!) i naprawdę jestem ciekawa, jak to wszystko dalej się potoczy. Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu, ale nie sądzę, żeby przez to "Noragami" wylądowało na mojej liście priorytetów zakupowych; będzie chyba tak, jak do tej pory, czyli tomiki będę dokupywała sporadycznie. Trochę mnie to boli, ale nie jestem po prostu w stanie na razie wcisnąć tego tytułu na moją listę tytułów do w miarę regularnego kolekcjonowania.
(Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, oglądając kolorowe ilustracje w tej mandze - są prześliczne!)


Staram się być na bieżąco z "Magi", bo wiem, że gdybym pozwoliła sobie pozostać za bardzo w plecy z tą serią, to później mogłabym stracić całą chęć do dalszego jej kolekcjonowania (ekhem, Tokyo Ghoul...). Lektura tego tytułu zawsze jest dla mnie odprężająca - miło jest oglądać te wszystkie zmagania bohaterów, które do tej pory jeszcze mnie nie znudziły (a przypominam, że parę lat temu widziałam anime, więc fabułę znam!). Mimo tego, nie sądzę, abym żywiła do tej serii jakieś głębsze uczucia: czyta się to naprawdę dobrze, ale chyba śmiało mogę stwierdzić, że ta manga zarówno "dobrze wchodzi" jak i "łatwo wychodzi". Ja jednak jestem z tego faktu jak najbardziej zadowolona, bo dobry shounenowy średniaczek nie jest zły.
Już pomijając same kwestie zawartości tych tomików... czy Wy widzicie obwolutę trzynastego tomu? Ona jest prze-pię-kna. Nie mogę się na nią napatrzeć, naprawdę - na chwilę obecną to chyba moja ulubiona ilustracja z całej serii.

Małymi kroczkami zbliżam się też (w końcu...) do uzbierania całości "Kuroko's basket"; swego czasu bardzo lubiłam ten tytuł, teraz też uważam że jest on naprawdę przyjemny, ale dorzucanie kolejnych tomików do zamówień robi się już po prostu nużące, więc dobrze, że pozostały mi jeszcze tylko cztery tomy. Ta seria już jakoś za długo się za mną ciągnie, więc nie bez lekkiego ukłucia w sercu, ale z zadowoleniem kiedyś odłożę trzydziesty tom na półkę, i będę mogła odetchnąć z pewną ulgą. 
Moje wrażenia pewnie teraz brzmią, jakbym z jakiegoś powodu nagle ten tytuł znielubiła, ale tak nie jest - moim największym problemem jest długość tej serii. I nie tylko w przypadku "Kuroko" mam ten problem: kiedy tomów jest za dużo, to po prostu dopada mnie zniechęcenie, bo w końcu ileż można? Dlatego też nie bez pewnych obaw spoglądam na długie serie, których kolekcjonowanie zaczęłam - chociażby takie, jak wyżej wspomniane "Magi", czy też "Noragami".


Do mojej kolekcji dołączyły też dwa kolejne tomy "My hero academia", czyli tytułu, na który z każdym kolejnym sezonem anime powraca swego rodzaju "faza", która później powoli się ulatnia, ale dalej pozostaje we mnie silne przekonanie, że to naprawdę fajny shounen. Mam tutaj praktycznie wszystko, czego mogłabym wymagać od takiej serii: akcję, fajnych bohaterów, których da się lubić, i świetną, charakterystyczną kreskę. Ja bym jeszcze ze swojej strony nie pogardziła większą ilością jakiegoś angstu i śmierci w przyszłości, ale też nie będę szczególnie zła na autora, jeśli tak się nie stanie, bo to tylko moja osobista zachcianka (która swoją drogą przejawia się w stosunku do prawie każdej serii). Więc, co tu dużo pisać? "My hero academia" to dobry tytuł, którego chyba nikomu z Was nie trzeba już przedstawiać, a jeśli nie mieliście z jakiegoś powodu okazji się z nim zapoznać, to ja ze swojej strony mogę Wam go śmiało polecić.


Przedostatni tomik w czerwcowym podsumowaniu to oczywiście "Kształt twojego głosu", którego nie mogło tu zabraknąć! Do tej pory trudno mi uwierzyć, że do zakończenia tej serii pozostał tylko jeszcze jeden tom, i mam mnóstwo obaw z nim związanych: o ile lubię dramaty postaci, które nie są szczególnie bliskie mojemu sercu, tak kiedy zżyję się z nimi jak z parą głównych bohaterów "Koe no katachi", to zaczynam im życzyć jak najlepiej. I naprawdę, jeśli ta seria nie zakończy się dla nich dobrze, to poziom mojego smutku może przekroczyć dopuszczalną skalę. Mam więc tylko nadzieję, że cokolwiek autorka zaplanowała na zakończenie tej mangi, nie będzie ono dla mnie rozczarowujące, już nawet spychając na dalszy plan fakt, że chciałabym, aby był to typowy happy end.

Ostatnia już manga w tej notce, to dziewiąty tom "Requiemu króla róż". Wychwalałam go już wiele razy, więc myślę, że nie muszę się jakoś szczególnie powtarzać - nie mogę się jednak powstrzymać przed dodaniem, że to, co autorka czasem wymyśla, jest po prostu nie do pojęcia. Uwielbiam, kiedy jakieś dzieło jest w stanie tak na mnie wpłynąć, że dosłownie bawi się ono moimi emocjami, a Aya Kanno potrafi to naprawdę świetnie zrobić. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości wątki Ryszarda i Edwarda bardziej się do siebie zbliżą w sposób, w jaki ich relacja wyglądała wcześniej (przy czym oczywiście mam na uwadze, że to nie jest do końca możliwe), ponieważ tak właściwie jest to dla mnie najciekawszy aspekt tej mangi.


Uff, to by było na tyle! Notka wyszła strasznie długa, ale nie jestem do końca pewna, czy w lipcu cokolwiek się pojawi, więc wybaczcie mi i potraktujcie ten długi wpis jako swego rodzaju rekompensatę. 

Jak tam u Was w czerwcu? ^^